Gościem Telewizji Echo24 był historyk prof. Tomasz Głowiński, Uniwersytet Wrocławski.
GAZETA WROCŁAWSKA: Spór o wygląd ogródków restauracyjnych we Wrocławiu
- Temat jest na pewno, dlatego że kwestia ogródków to kwestia też takiego sukcesu Wrocławia. Wrocław jest kojarzony z perspektywy tych ogródków, tej atmosfery, która jest na Starym Mieście szerzej niż tylko w rynku. I ta atmosfera jest jednoznacznie pozytywnie odbierana. Kto przyjedzie, jest tym zachwycony. Ja sobie tak myślę, że gdybyśmy się próbowali kierować takimi zasadami, jak ja słyszę teraz, że mają być, no to pojedźmy do Brukseli, rozbierzmy tam to stare miasto, bo ono jest całe zadaszone, całe żyje, aż tętni. I myśmy stworzyli fenomen, taki w Polsce na pewno unikatowy. Coś, co żyje własnym życiem, jest niezwykle dobrze odbierane. Kto nie przyjedzie, jest zachwycony i nagle się okazuje, że mamy to wszystko. Ludzie włożyli, zakładam, ciężkie pieniądze, żeby to zrobić. Mamy to wszystko wywalić, postawić mikre parasoleczki i jakieś doniczki na kwiatki.
To trzeba pojechać do Krakowa i zobaczyć, jak to działa, a raczej, jak to nie działa. Bo w Krakowie działa Kazimierz, a nie Kraków. Także ja ze zdziwieniem na to patrzę. Gdy były lata 90., zaczynało się to życie rynku na płycie rynku, nie w środku, w budynkach. To dość mądry, jeśli dobrze pomnę, konserwator miejski wówczas, który jeszcze był. Bo już go nie ma. Wskazał, że należałoby pozbyć się tych plastików, tego badziewia, które często firmy dystrybuujące np. napoje rozdawały za darmo lokalom. I to było mądre. To było mądre dlatego, że wtedy okazało się, że my mamy dużo takiej kreatywności, dzięki której każdy z tych ogródków ma jakiś swój charakter. Każdy jest takim mikroświatem, gdzie ludzie wędrują po nich odkrywając te klimaty, które tak atrakcyjne dla nich są. I nagle ktoś mówi nie. Wywalimy to wszystko i zrobimy... Ja już abstrahuję od tego, że kwestie bezpieczeństwa. Takie parasoleczki przed niczym tak naprawdę nie chronią. Gdy mocniej powieje wiatr, może być katastrofa. Sam byłem dwa lata temu świadkiem takiej sytuacji, gdzie porwana wiatrem parasolka wystrzeliła jak rakieta do góry, a później wpadła dosłownie centymetry od człowieka.
Jak opowiadać o Wrocławiu, o Breslau?
- Jeśli pan pyta, jak opowiadać, odpowiedź brzmi dość prosto. Przede wszystkim, i to jest nasze zadanie jako historyków, nie fałszować przeszłości, a po drugie opowiadać ją na tyle ciekawie, żeby ci, którzy słuchają, powiedzieli tak, no wreszcie czegoś ciekawego się dowiedziałem, to jest naprawdę warte tego. Wrocław był fenomenem, chciałbym powiedzieć, że nadal jest, bo ja głęboko wierzę w to, że ciągle jest możliwe odłożenie na bok tego zacietrzewienia, które się pojawia. Nazwijmy to polityką, ja czasem bym to nazwał brakiem rozsądku albo właśnie takimi jakimiś emocjami, które są zupełnie niesłużące niczemu dobremu. Jest miasto, które ma tą przeszłość wielokulturową, przeszłość skomplikowaną, ale przez to też ciekawą. To miasto, które było dość długo w naszych realiach, ale tych powojennych, czyli komunistycznych, tą przeszłością nie tyle niezainteresowane, co było to odsunięte na bok. Mieliśmy nie mówić o tej innej, tylko o tej polskiej. Po 1990 roku nastąpiła wręcz fenomenalna eksplozja zainteresowania. Ludzie pokazali, że chcą to wiedzieć. I to jest znakomite, bo dzięki temu my historycy mamy co opowiadać, mamy co badać, ale też myślę, że i odbiorcy czują się usatysfakcjonowani, gdy przynosimy im coraz to nowsze, coraz ciekawsze szczegóły na temat przeszłości miejsca, w którym żyją albo miejsca, do którego przyjechali. Bo nie opowiadamy tego tylko wrocławianom czy Dolnoślązakom.
Natomiast pan pyta o te spory, które ostatnio się pojawiły. Ja panu powiem. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że gdyby w średniowieczu był konserwator zabytków, to Wrocław byłby dalej drewniany. I to jest oczywiście trochę żartem. Ja rozumiem, że ochrona zabytków jest istotna, że pielęgnowanie dziedzictwa jest czymś, co powinno być częścią naszego człowieczeństwa. Ja jestem chłopak ze Śródmieścia. Dlatego, że też te napisy niemieckie, te strzałki kierujące do piwnic z odpowiednim komentarzem, że tam jest właśnie schron przeciwlotniczy itd. To wszystko ja miałem, mówiąc potocznie, na podwórku. I mnie to nie razi, myślę, że większości wrocławian to nie razi. Bardzo ciekawie moim zdaniem wypowiedział się jakiś czas temu dyrektor wrocławskiego oddziału IPN-u, pan profesor Kamil Dworaczek, który powiedział, że my te napisy po prostu mamy na ulicy i nikt ich nie skuwa, nikt z nimi nie walczy. Ja podam przykład szkoły podstawowej, która była 300 metrów od miejsca, gdzie mieszkałem, to jest róg ulicy Jedności Narodowej i Nowowiejskiej. Tam jest olbrzymi orzeł na elewacji, nad wejściem. Olbrzymi orzeł ewidentnie niemieckiej proweniencji, nie śląski, niemiecki orzeł i on sobie jest. Nikt nie chodzi, nikt go nie skuwa, nikt się nim nie zajmuje w sensie negatywnym. Po prostu jest elementem elewacji, bo się uchował. I nikt nie wpadłby na pomysł moim zdaniem, żeby chodzić i go skuwać.
MOST GRUNWALDZKI
- Ja przywołam tę wypowiedź wspomnianego przeze mnie dyrektora oddziału IPN. Ona była bardzo rozsądna, bardzo wyważona i spotkała się ze strasznym hejtem natychmiast. No, bo nie wolno mówić rozsądnie i w sposób wyważony tam, gdzie powinny grać emocje i gdzie powinna być walka ideologiczna. Trzymajmy się takich zdroworozsądkowych zasad. Zabytki, zabytków się nie buduje. Zabytki są. Zabytki się restauruje, pielęgnuje, ale nie buduje. W miejscu, gdzie kiedyś był napis Kaiserbrücke, został skuty po wojnie. Most został nazwany Mostem Grunwaldzkim i jest tym Mostem Grunwaldzkim po prostu.
Gdybym miał powiedzieć, że ci ludzie, którzy o tym decydują, to są ludzie rozsądni, to bym powiedział tak, uszanujmy wolę tych, którzy tak go nazwali. To są nasi rodacy, nasi przodkowie, ci, którzy to miasto podnosili z gruzów. I koresponduje to oczywiście i z Placem Grunwaldzkim, i z całą tą koncepcją powojennego zasiedlania miasta, z czynienia go Wrocławiem, na miejsce miasta Breslau. Natomiast do samego Kaisera, no bo ja już nie mówię, że technicznie nie bardzo się to da zrobić, bo to chyba z gipsokartonu będą robić. Ten napis Kaiserbrücke był integralną częścią bloków kamiennych, które były. Jak jest skuty, to się nie da go nanieść, nie wiem, drukarką 3D, tylko właśnie gipsokartonem albo innymi stiukami, czyli zrobić popelinę. Nie jedną popelinę już żeśmy zrobili, nie idźmy w tą stronę. Jeszcze raz przypomnę, to są standardy białoruskie.
Nie, nie odtwarzać, jeśli chodzi o te kopuły, które tam były. Sami Niemcy je ścięli, bo gdy budowali tak zwane lotnisko wewnątrzmiejskie, to przecięli przecież pasy stalowe trzymające mocno się na barkach, ażeby samoloty nie haczyły o te wysokie pylony. To ich kopuły zostały zdjęte, zrzucone. Z tymi kopułami nie dyskutuję. Natomiast tu jest jeszcze jeden element, który też wymagałby pewnej zdroworozsądkowości. Ja też jak tłumaczę wszystkim, gdy mówimy o historii polskiej i niemieckiej, ona nie jest taka sama i nie róbmy na siłę heblem z tego dokładnie jednego. Z polskiej perspektywy król pruski Fryderyk II nie był wielkim. Jeżeli ktoś to w Polsce mówi, o nim wielki, to powinien dodać wielki złodziej, wielki oszust, no bo z polskiej perspektywy takie działania wobec nas podejmował.
KOSTKA NA ULICACH
- No tutaj podejście powinno być podwójne. Po pierwsze historyczne, czyli uszanujmy coś, co ma wartość historyczną i jest z tej perspektywy cenne. Ktoś powie, nie no, jako historyk to on zawsze będzie mówił, że takie rzeczy trzeba o to zadbać. Nie, nie ma. To jest kostka granitowa. Takiej kostki się dzisiaj nie robi. Ja bym nawet powiedział otwarcie, że nie jesteśmy w stanie jej robić. Nie ma tych technik kamieniarskich, nie ma tych kamieniarzy, którzy taką kostkę robili. Zauważmy, jak długo ona leży, jak trwała ona jest i jak znakomitą nawierzchnię stanowi. Ja się nie upieram, bo tu będą dyskutowali zapewne mądrzejsi w kwestii inżynierii ruchu, czy na trasie wylotowo-przelotowej ma być kostka, bo ona tam oczywiście odpowiedni akustyczny element wnosi do eksploatacji drogi. Ale na pewno warto ją uszanować. Ona jest na pewno cenna i na pewno tworzy też coś niesamowitego, w co można uzbroić choćby właśnie nasze stare miasto. Czyli tworzy pewien klimat. Nikt mi nie powie przy zdrowym rozsądku, że jak się ślicznie coś wyasfaltuje, to jest ładniejsze niż z równo położoną, historyczną, piękną kostkę granitową.
Na samym Rondzie myślę, że może zostać. Rondo nie jest miejscem, gdzie się jedzie szybko. Rondo jest też takim historycznym zwornikiem tej dzielnicy, taką pewną pozostałością.
PRZYSZŁOŚĆ PLACU SPOŁECZNEGO
- Ja w tej chwili przygotowuję do edycji kronikę Dni Oblężenia księdza Paula Peikerta. Rzecz znaną, ale jednocześnie nieznaną. Bo tak obrazowo mówiąc, to co wydano do tej pory, to była połowa tego, co ksiądz Peikert po sobie zostawił. W czym opisał nie tylko tragedię miasta w czasie oblężenia, ale też te pierwsze tygodnie po kapitulacji twierdzy. Kościół świętego Maurycego, który tak na marginesie obchodzi osiemsetlecie. Warto o tym pamiętać, warto tam zajrzeć, bo to jest przecież sam środek Wrocławia w tej chwili. Tak, stał ten kościół w gęsto zabudowanej dzielnicy. Ta okolica składająca się z ulic, nazwijmy je Kujawskich, bo Kujawska wśród nich była, ale generalnie powojenna filozofia nadawania nazw była właśnie taka, że nadajemy nazwy z regionu Kujawy. Stąd Dobrzyńska, no i te inne ulice, aż po Mazowiecką sięgając. Dobrzyńskiej i Mazowieckiej kawałki pozostałe zniknęły z naszej przestrzeni. Ale wracam, kościół stał wśród gęsto zabudowanej dzielnicy i to nie była dzielnica willowa, to były solidne kamienice. Pozostałości ich mamy choćby wprost kościoła w tej chwili na ulicy Traugutta. Rewitalizacja tego fragmentu leżącego w samym sercu Wrocławia powinna być czymś, co ma absolutny priorytet dla władz miasta. My nie mamy lepszego obszaru inwestycyjnego i nosimy się z tym z wytrwałością godną lepszej sprawy. Tak bym to ładnie nazwał.
(...) Ja skądinąd wiem, że Biuro Rozwoju Wrocławia miało bardzo dobre plany na tą dzielnicę, które polegały w największym uproszczeniu, żeby tutaj się nikt nie obraził, że ja opowiadam, a nie wiem. Widziałem te plany, w związku z tym wiem o czym mówię. Że zjeżdżamy z Mostu Grunwaldzkiego do tunelu, jedziemy tunelem pod tą dzielnicą i wyjeżdżamy na ulicy Pułaskiego. Ta dzielnica wraca do miasta, ściąga się z niej tranzyt, wraca na nią normalny ruch miejski, natomiast dzięki temu możemy tam postawić domy, możemy tam postawić skwery spacerowe.
(...) Przecież kierowaliśmy się na Starym Mieście jednak tym, żeby odtwarzać. Dobrze wyszło (...). Turystów pociąga raczej pewna tajemniczość historycznej tkanki miejskiej. Gdybyśmy przyjęli takie założenie jak przyjęto w rynku, że odtwarzamy elewacje, ale mamy unikatowe narzędzie do tego. Mamy archiwum budowlane, które jest w skali polski. Możemy wykorzystać dokumentację. Możemy tak jak w rynku odtworzyć ciągi komunikacyjne i elewacje, robiąc windy, ogrzewanie, woda, kanalizację, wszystko. I układ oczywiście też już wewnętrzny jako układ nowoczesny, funkcjonalny. Natomiast dzięki temu moglibyśmy stworzyć coś, gdzie być może turysta i w rozumieniu nie jeden, a ruch turystyczny znajdzie ciekawą przystań, ciekawą alternatywę dla centrum, które bywa często zadeptane na śmierć.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu echo24.tv. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz